Środa Wielkopolska - Autor

autor

Gdynia – miasto „z morza i marzeń”. Niektórzy mówią: polskie Iquitos – miasto dla zuchwałych. Nie ma starówki i nie ma historycznych obciążeń… A turyści ciągle potrafią pytać o stare miasto…  Teraz – a właściwie od nastu lat to także moje miasto; rozumiem jego legendę i mam w nim „swoje” miejsca.

 I jest także, a może przede wszystkim Środa Wielkopolska i okolice – kraj lat dziecinnych, który ciągle na nowo staram się opisać na tej stronie. Opuściłem go do szkół udając się dawnymi czasy. Później służba „pro patria” rzuciła mnie nad polskie morze. Ale do małej ojczyzny powracam z sentymentem i przekonaniem, że warto jest mieć swoje mniejsze niebo w życiu. Zwłaszcza te kilka magicznych miejsc.

I dom duży. Pomiędzy falą omiatającą wybrzeże, a Tatrami, pomiędzy dużą wyspą, a nieskończenie pięknymi Bieszczadami. Jestem niepoprawnym polonofilem. Interesuje mnie tylko ten krajobraz, tylko ten kolor nieba i zapach powierza. Interesuje mnie ta historycznie ukształtowana tożsamość, którą tak trudno zdefiniować, jak każde uczucie. Więc ciągle mam chęć do powiększania tej życiowej przestrzeni, choć jest stabilna i oswojona – odkrywam Polskę, bo czuję ten szopenowski krajobraz i rozumiem jego historię.

To moje przestrzenie trójwymiarowe.

Czwarty, piąty i kolejne wymiary to żona Ania i junior Michał. Ta przestrzeń to także muzyka, brytyjski „triumwirat”: The Beatles, Pink Floyd i Dire Straits. Nie koniecznie w tej kolejności. „Where Do You Think You’re Going” czy „Lśnij, szalony diamencie” – poezja dźwięku. A „Atom heart mother” we fragmentach potrafi zawsze wzruszyć mnie tak, jakbym słuchał tej suity pierwszy raz. Czasem „wzywam” Leonarda Cohena, czasem wystarczy nauczyciel  historii Kaczmarski, albo na nowo odkrywany nieposągowy Nohawica. W słowie pisanym nie przedkładam niczego ponad Iwaszkiewicza i Żeromskiego, ale czasem trzeba sięgnąć po poezję i tu zjawia się Leśmian, gdy „o nic nie chodzi” i rewolucyjny Broniewski, który krzyczy mi nad uchem: Życie jest diabła warte / poza Szopenem, Mozartem; / poza Słowackim i Mickiewiczem / jest w ogóle niczem.”

Życiowa maksyma? "Wyobraźnia jest ważniejsza od wiedzy". Ciągle pociesza mnie to, że powiedział to Einstein. Niezmiennie fascynuje mnie wszystko, co lata, tak, ptaki też, choć mówię raczej o awiacji. A kiedy trzeba się wreszcie wyciszyć wzrok pada na albumy z Caravaggiem – na te subtelne cienie i blaski albo na grafiki Durera. I jednym tchem: Malczewski i Gierymski.  Ulubiony film? Chyba „Zapach kobiety” z genialną rolą Pacino. To film o wartościach, o ich priorytecie i o tym co w życiu warto. Nie, nie jest nudne kino polskie: najlepiej Wajda i Kolski, no może czasem nie zastąpiony bywa Kieślowski, a na chandrę adaptacja „Nad Niemnem” ze świetnym śp. Jackiem Chmielnikiem: „Co to za kraj? Tu wszyscy po kimś albo za czymś płaczą!”

"Trójka" - najlepsza stacja radiowa! Bo liczy się słowo z sensem i muzyka z sensem. Sens ciągle jest w cenie. Muzycznie, od początku do końca ukształtował mnie Marek Niedźwiecki, a Lista przebojów to teraźniejszość i wspomnienia. I tak już od ho ho ho albo i dłużej.  Acha i jeszcze jedno: na co patrzą żołnierze w „Pikiecie” Gierymskiego? Nie, nie poszukuję odpowiedzi – ważne jest raczej pytanie. Bo wszystkie ważne odpowiedzi dopiero przed nami.

baner

Uwielbiam zwiedzać Polskę. Staram się w tych peregrynacjach, by słowo "zwiedzać" zawsze znaczyło dużo więcej niż "bywać". Niepoprawny polonofil – a ta nieuleczalna „przypadłość” stała się moim udziałem – stara się przede wszystkim poznawać. Krajobraz, zachowany i przetworzony, dzieje malowane architekturą – słowem obraz tożsamości. Tożsamości kształtowanej państwowością pierwszych Piastów i stabilizacją ostatniego z dynastii. Tożsamości kształtowanej rosnącą potęgą Jagiellonów, która już u progu, złamała potęgę krzyżacką, by później, mądrością braci szlacheckiej stać się udziałem stanowej monarchii, Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Obojga tylko z nazwy, bo było ich znacznie więcej. Krakowska szkoła historyczna miała rację: jest jakiś fatalizm w Nas samych, że Pierwszą Rzeczypospolitą obróciliśmy w niwecz. Mylili się co do jej dorobku. A ślady tego dorobku ostały się wszędzie. I w tym miała rację, że wszystkie te nasze płomienne zrywy od Baru poczynając, poprzez insurekcyjne kosy, marsze Z ziemi włoskiej do 

gdzieś na szlaku
Polski i na Saint Domingo, poprzez rewolucyjne wiosny narodów, poprzez niemożność listopadowych generałów i styczniowe śniegi pokrywające brzegi Wiernej Rzeki i to ostatnie, kolumbowskie, winne śmierci Baczyńskiego – że te wszystkie „o naszą i waszą wolność” w istocie na niewiele się zdały. Tych śladów, podobnie jak tych po pierwszej Rzeczypospolitej również nie brakuje – ciągle warto je zobaczyć. Ale jest w tej chęci do poznawania Polski także we mnie ta druga tradycja, romantyczna, mickiewiczowska, grotgerrowska i sienkiewiczowska "ku pokrzepieniu serc". I równie jest we mnie silna i równie mi z nią dobrze, co z prawdami szkoły krakowskiej. Ileż tego romantyzmu w antyromantycznej "zaśnieżonej beznadzieją zrywu" "Wiernej Rzece", w której Żeromski potrafi zapisać takie zdanie: "Stare, wysokie topole huczały głucho hymny od wczesnego dzieciństwa znane sercu i uchu.". Koncepcje piastowska i jagiellonowska, tradycje organicznikowska i romantyczna – znoszą się we mnie wzajemnie pozostawiając to, co było w tej pogmatwanej historii piękne, trudne, wspólne, wzniosłe i Nasze. Więc zwiedzam, czyli poznaję. Poznaję samego siebie.

* * *


Mrok dziejów
Pieskowa Skała Wierzyca Kadyny
Dolina prądnika w Ojcowskim Parku Narodowym. "Kropla drąży skałę" mawia przysłowie, no i wydrążyła "Maczugę Herkulesa". Widok z najwyższego wzniesienia na Niżu Polskim czyli Wieżycy. Dąb Bażyńskiego w Kadynach, "wystrzelił" z ziemi gdy dawna kraina Prusów padała pod jarzmem Krzyżackim.

Leśno
Sandomierz Licheń
Goci, germański lud ze skandynawi podbijali ziemie zajęte później przez Słowian już od I w. n.e. Efektem ich wędrówek była identyfikowana przez archeologów kultura wielbarska. Pozostawili po sobie kamienne kręgi kultowe. Najsłynniejsze z nich znajdują się w Odrach k. Czerska, a tutaj Leśno k. Brus. Juz Długosz w "Kronice..." pisał o ziemi "rodzącej garnki" z pradawnych czasów, w okolicach Śremu. Te gliniane naczynia eksponowane są na podziemnej trasie turystycznej pod sandomierskim rynkiem. Jezioro licheńskie widziane z wieży dzwonnicy bazyliki. W czasach przedpaństwowych okolice jeziora pełniły rolę miejsca kultu słowiańskiego, a resztki kamiennego ołtarza pochłonęła toń jeziora.

Piastowie
Tum Rabsztyn ojców
XII wieczna, romańska kolegiata w Tumie. Tum czyli dom Boży. Wcześniej istniało tutaj opactwo benedyktyńskie, to samo które przeniesiono za Mieszka Starego do Mogilna. Odbywały się tutaj synody łęczyckie, z których pierwowzór pełną garścią zaczerpnął polski parlamentaryzm. Brama zamku w Ojcowie (po prawej) i ruiny Rabsztyna (po lewej).

Opatów Lubiń
Jędrzejów
W romańskiej kolegiacie w Opatowie odbywały się sejmiki ziemskie województwa sandomierskiego. By odbowiednio motywować szlachtę wnętrze pokryto wspaniałymi, monumetalnymi, patriotycznymi malowidłami. W murach benedyktyńskiego opactwa w Lubiniu tworzył nasz pierwszy kronikarz Gall zwany Anonimem. Jędrzejowski klasztor cystersów, w murach którego zamieszkał drugi kronikarz, mistrz Wincenty zwany Kadłubkiem.

Olsztyn Olsztyn Olsztyn
Olsztyńska warownia to jedne z piekniejszych ruin w Polsce. W czasach świetności chroniła granice państwa Kaziemierza Wielkiego. W jej lochu skonał śmiercią głodową ten, który odważył się podnieść rękę na królewski majestat, wojewoda poznański Maćko Borkowic. Wcześniej jednak ukorzył się, a w rocie przysięgi na wierność królowi po raz pierszy pada słowo "Rzeczpospolita", choć użyte jeszcze w łacinie.

Chęciny Tyniec Tyniec
Zwołane przez Łokietka 26 maja 1331r na zamku w Chęcinach Generalis Omnium Tarrari Conventum uważane są powszechnie (za Lelewelem) za pierwszy walny sejm, pierwozór tego późniejszego. Stąd Łokietek wyruszył pod Płowce, a sam królewski zamek pełnił także rolę skarbca archidiecezji gnieźnieńskiej. Tyniecki klasztor benedyktynów. Czy w jego murach spoczął król, który odważył się podnieść rękę na biskupa lub (wersja 2)  nie bał się srogo ukarać zdrady - Bolesław Śmiały? Nawet jeśli jego krótkie panowanie w miarę upływu czasu jest coraz lepiej oceniane przez historyków, a legenda św. Stanisława często odbrązowiana, Śmiały - król Polski nie ma swojego grobu.

Wieliczka Św. Krzyż Św. Krzyż
Płaskorzeźba ostatniej wieczerzy wykonana w soli, wszak to kaplica św. Kingi w Wielickiej kopalni. Wieliczka była perłą w Koronie Rzeczypospolitej. Nim "nastała" Częstochowa najważniejszym miejscem kultowym Polski był klasztor na Świętym Krzyżu. Już w czasach słowiańskich zbudowano tutaj kamienny wał kultowy, a 1006r. sprowadził tutaj Bolesław Chrobry zakonników z Monte Cassino. Klasztor ufundował Krzywousty, sprowadzając relikwie krzyża św. z Węgier. Aż trudno uwierzyc że te zdjęcia robiłem w środku lata...

Pieskowa Skała Wrocław
Smoleń11
Dolina Prądnika widziana z dziedzińca Pieskowej Skały. Tablice nagrobne piastowskich książąt śląskich na murach wrocławskiego kościoła św. Krzyża. Ruiny zamku w Smoleniu, nie często odwiedzane przez turystów.

Mirów Bobolice Bobolice
Zamek w Mirowie (z lewej), podobnie jak bratni w pobliskich Bobolicach (z prawej) wyglądają jak słynne zamki w dolinie Loary. A to przecież dziełko obronne Kazimierza, któremu potomni nadali przydomek Wielki. Ten z prawej doczekał się odbudowy.

Rzeczpospolita Obojga Narodów
Grunwald Kraków Krzyżtopór
Nim nastała Rzeczypospolita Obojga Narodów na polach Grunwaldu Jagiełło i Witold złamali potegę zakonu. Zwycięstwo, choć kompletne w bitwie nie okazało sie takim w wojnie. Ale przecież argumenty Jasienicy, że tak właśnie musiało być trudno podważać. Ostatnia wielka bitwa rycerskiej Europy. Pomnik grunwaldzki w Krakowie, odsłonięty 500 lat po bitwie. Krzyżtopór i jego majestat to doskonała alegoria jagiellonowskiej Polski. Krzysztof Ossoliński zapragnął przyćmić każdą rezydencję w Polsce i tak też zrobił. Ale dziesięć lat po zakończeniu budowy przyszła katastrofa "Potopu". Ossolińscy wywodzili się z Toporczyków, tak jak Tęczyńscy.

Kraków Rudno Toruń
Serce jagiellonowskiej Polski - wawel i królewska katedra. Zamek Tenczyn w Rudnie. Dobra nabyli Toporczykowie, ktorych ród rósł wraz z rosnąca potęga Rzeczypospolitej. Później pisali się już Tęczyńscy. Jedno z pierwszych wydań "O obrotach", w Domu Kopernika w Toruniu. Dziełko, które wywróciło świat do góry nogami.

Lidzbark Warmiński Kopernik Reszel
Krzyżacki zamek w Lidzbarku Warmińskim. Najpierw ziemia Jadźwingów, potem zakonna, potem Prusy Królewskie i Prusy Wschodnie. Dziś Polska. To zdjęcie powstało we fromborskiej katedrze jeszcze nim ostatecznie wydobyto szczątki wielkiego astronoma i ponownie pochowano, potwierdzając wcześniej jego tożsamość. Wtedy jeszcze lokalizowano grób względem ołtarza, którym kanonik się opiekował. Krzyżacki zamek w Reszlu. Tutaj w 1811r. spłonęła ostatnia w Europie czarownica  - Barbara Zdunk.

Sandomierz Nagłowice Baranów Sandomierski
Collegium Gostomianum w Sandomierzu, słynna szkoła fundowana przez Naszego (średzkiego) Hieronima Gostomskiego, który był żywym dowodem na to, że Rzeczpospolita Obojga Narodów była "krajem bez stosów" a król nie był "panem ludzkich sumień" Dworek w Nagłowicach Mikołaja Reja, który stwierdził wszem i wobec że Polacy "nie gęsi" język lecz "swój język mają". Późnorenesansowy zamek w Baranowie Sandomierskim zwany "Małym Wawelem".

Czerna Czerna Lubostroń
Niezwykle pięknie (i co najważniejsze z dala od "turystycznych autostrad") położony klasztor Karmelitów Bosych w Czernej. Tutaj przeorem był m.in. bł. Rafał Kalinowski. "Sibi, amicitae et posteris" - sobie przyjaźni i potomnym. Pałac Skórzewskich w Lubostroniu. Przykład wiejskiej siedziby bogatej szlachty schyłku I RP.

Św. Krzyż Golub Dobrzyń Częstochowa
Kto spoczywa w krypcie na Świętym Krzyżu? Czy to rzeczywiście ten który wywoływał przerażenie na Podolu wydźwiękiem słów: "Jerema idzie!", pogromca zaporoskich kozaków Chmielnickiego potężny książę na Wiśniowcu Jerema Wiśniowiecki? Wiele wskazuje na to, że zmumifikowane doczesne szczątki należą do innego, nieznanego z nazwiska nieboraka.
Ale legenda sienkiewiczowska trwa.
Kolubryna eksponowana przed zamkiem w Golubiu Dobrzyniu to ta sama, która "zagrała" u Hoffmana w "Potopie" i ta sama do której Olbrychski pakował bombę wypowiadając słynną kwestię: "naści piesku kiełbasę." Częstochowa. Klasztor, którego obrona przed Szwedami wyniosła do rangi stałego pomnika narodowej tożsamości.

Ojczyzna bez państwa
Tyniec Kamieniec Suski Warszawa
"Mit założycielski" całej doby walk narodowowyzwoleńczych czyli Konfederacja Barska. Ważną rolę odegrał Tyniec, bo z murów tego klasztoru wyruszyły oddziały które zdobyły Wawel. Kamieniec Suski dawniej Finckenstein. Stąd Napoleon dowodził całą Europą i tutaj powołał do życia najsłynniejszy polski pułk konny doby napoleońskiej - Szwoleżerów Gwardii. Na warszawskim placu Powstańców Warszawy Napoleon jest już zadomowiony. Przed wojną stanął tutaj z inicjatywy Szkoły Wojennej, a plac nosił nazwę Placu Napoleona. Przed Prudentiala cesarz wrócił w 2011r.

Kiernozia Złoty Potok Belsk Duży
Kiernozia k. Łowicza. Krypta grobowa Marii Walewskiej, która jak nikt inny wpisała się w hasło "My z Napoleonem". Dworek Zygmunta Krasińskiego w Złotym Potoku. Ojciec naszego "trzeciego wieszcza" Wincenty dowodził Szwoleżerami Gwardii... ... którzy 1808r. w szaleńczej, zaledwie kilkuminutowej szarży na przełęczy Somosierra roznieśli na szablach, broniących dostępu do Madrytu Hiszpanów. To wtedy Napoleon miał powiedzieć słynne slowa: "Dla moich Polaków nie ma rzeczy niemożliwych". W Belsku Dużym k. Grójca pochowany jest ten, który słynną szarżę poprowadził Jan Kozietulski, a który nieszczęśliwie (tak jak i w swoim życiu) dał nazwę jednej z rzekomych narodowych cech szeroko głoszonej w PRLu: kozietulszczyźnie

Będomin Ojców Oblęgorek
Będomin k. Kościerzyny. Dworek rodzinny Józefa Wybickiego, który był łaskaw na dalekiej ziemi włoskiej napisać po prostu: "Jeszcze Polska nie umarła kiedy my żyjemy". Pomysłowość Polaków w dziedzinie oporu przeciwko obcym prawom w każdym zaborze wyglądała podobnie. Wielkopolanie mieli swojego Drzymałę, a Małopolanie Józefa Robotnika, który na zakaz budowy świątyni na gruncie zbudował ją po prostu na wodzie, na Prądniku w Ojcowie. Sienkiewiczowski Oblęgorek k. Kielc. Jakim narodem byli by dziś Polacy bez Zagłoby i Skrzetuskiego, baz Maćka i Zbyszka z Bogdańca? Co podrywałoby siatkarzy do walki tak bardzo jak "Pieśń o małym rycerzu"? Dla mnie to także świetna "Rodzina Połanieckich" i niedokończone "Legiony".

Strawczyn Września111 Niegolewo
Antyromantyczne "Klechda domowa" czytana do poduszki, czyli "Wierna Rzeka" i ogrom napoleońskiej beznadziei czyli "Popioły" w istocie rzeczy zawsze, podświadomie wzmacniają tradycje romantyczne niż je zwalczają. Lubię ten polski paradoks. Strawczyn i miejsce po rodzinnym domu tego, który w przeciwieństwie do Sienkiewicza rozdrapywał rany - Żeromskiego. Września. Pomnik dzieci wrzesińskich, które chciały mówić we własnej mowie i zastrajkowały bez względu na represje. W tym miejscu w wielkopolskim Niegolewie do 1940r stał pomnik wystawiony z inicjatywy Andrzeja Niegolewskiego, jednego z uczestników bitwy somossierskiej. 2500 metrów i 8 minut szarży 125 szwoleżerów, która stała się pomnikiem historii.

XX wiek
Westerplatte Warszawa Warszawa
Mit Westerplatte, choć odarty dziś z niepotrzebnego patosu i przekłamań nadal potrafi się skutecznie bronić. I co ważne jest chyba nam potrzebny. Powstanie warszawskie, kolejny kłopot, bo należę do tych którzy uważają, że jego rozpoczęcie było błędem. Poza tym, zwyczajnie po ludzku trudno mi sobie wyobrazić mojego syna w roli tego chłopca z pomnika. Ale wiem też, że ten cały sprzeciw wynika z wszelkich "zważonych" konsekwencji. I wiem też, że ono po prostu musiało wybuchnąć.

Warszawa Przebrno Przebrno
Ciągle nie wiem co mam sądzić o tym facecie za mną. Nie potrafię padać na kolana przed jego dokonaniami, ale wiem że dokonał rzeczy wielkich, niepospolitych. Choć w niektórych ogromnie się mylił to jednak mam odruch jego obrony, gdy ktoś oczernia. W 1919 roku, na mocy Traktatu Wersalskiego Europa uczyniła Gdańsk Wolnym Miastem. Na mierzei Wiślanej, w Przebrnie przetrwał ten historyczny rarytas: słupy graniczne z oznaczeniem granicy WMG i Niemiec (z literką D). Dwadzieścia lat później Europa już nie chciała umierać za Gdańsk.

Gierłoż
Gdynia Włocławek
Bunkier Adolfa H. w Wilczym Szańcu
k. Gierłoży. Gdyby pułkownik Stauffenberg mógł podłożyć bombę tutaj może inaczej potoczyło by się np. Powstanie Warszawskie....
Największy sukces II Rzeczypospolitej czyli Gdynia. Miejsce śmierci Jerzego Popiełuszki na tamie we Włocławku.

Na grobach mistrzów
Jasienica Broniewski Leśmian
Grób Jasienicy na warszawskich Starych Powązkach. Mój pierwszy historyk. Pierwszy w sensie chronologicznym. Jego dar opowiadania  i ciekawe spojrzenie na wiele spraw pozostają w człowieku na zawsze. 

"I znów jak wczoraj będzie lało,
a sercu zda się: już tak zawsze...
listopad, tragik oszalały,
umiera w chmur amfiteatrze."

"Poistniały czerwienie na niebiosów uboczu - Poistniały dla nikogo, samym sobie raczej - wbrew...
I nie umiem powiedzieć, skąd uległość mych oczu Tym zarysom drzew na chmurze... Trzebaż oczom takich drzew?"

Kaczmarski Nienacki Warszawa

"Unoszą nas ceglane fale -
Piętnastoletnich kapitanów
W spełnienie marzeń o podróżach
W nietknięty stopą świat.
I byle prędzej, byle dalej,
Wczepieni w burty potrzaskane
Nim ciało całkiem się zanurzy
W ciszę bezdenną lat."

Grób Zbigniewa Nienackiego na cmentarzu w Jerzwałdzie. Autor Pana Samochodzika i uniwersalnego obrazu małej społeczności czyli osławionych i obrazoburczych Skiroławek. Wbrew dewotom, hipokrytom i nihilistom uważam ją za jeden z lepszych kawałków polskiej literatury. Grób nestora polskiej turystyki Mieczysława Orłowicza na warszawskich Starych Powązkach.

Najpiękniejsze polskie góry - Bieszczady
Krzemieniec Halicz Połonina Wetlińska
Stok Krzemienia i widok na Przełęcz Goprowską. W drodze na Tarnicę. Stok Krzemienia w kierunku Halicza i Rozsypańca. Chwila przy Chatce Puchatka na Wetlińskiej.

Bystre Równia Średnia Wieś
Warto pojechać dalej od głównych turystycznych autostrad by zatrzymać sie chwilę przy soli tej ziemi: łamkowskich i bojkowskich cerkwiach. Ta w Bystrem niestety niszczeje... Jest jedyną zachowaną w tzw. narodowym stylu Ukraińskim. ... ta w Równi, wspaniale odrestaurowana (bo i bliżej biszczadzkiej pętli) jest chyba najładniejsza. Najstarszy drewniany kościół w Bieszczadach stoi w Średniej Wsi.

Bukowe Berdo Zagórz Zagórz
Daleko w tle Caryńska.
"Anioły są takie samotne
Zwłaszcza te w Bieszczadach
Nas też czasami nosi
Po ich anielskich śladach".
Przedmoście Bieszczad, a dla wielu turystów (zwłaszcza tych starszych) ostatnia kolejowa stacja w drodze do raju, czyli Zagórz. Klasztor Karmelitów Bosych strawiony pożarem w pocz. XIXw. Malownicza ruina.

na Bukowym Berdzie Przeł. Orłowicza Połonina Wetlińska
"Posiadówka" na Bukowym Berdzie. Wejście na Tarnicę z Mucznego to znacznie lepsze przeżycie niż autostradą turystyczną z Ustrzyk. Na Przełeczy Orłowicza w drodze na Wetlińską. W tle Smerek. Gdzieś na Wetlińskiej.
"Góry aż do nieba i zieleni krzyk,
polna droga pośród kwiatów i złamany krzyż".

grób hrabiny Łopieńka Źródła Sanu
Grób hrabiny na szlaku do "bieszczadzkiego worka", najbardziej dziki zakątek Bieszczad i Polski. Wspaniała i mordercza wędrówka wąską ścieżką, w morze przyrody. Znowu z dala od turystycznych szlaków, najstarsza murowana bieszczadzka cerkiew, w Łopience. Wieś spacyfikowana w akcji Wisła. To już sam koniec "bieszczadzkiego worka", sam koniec Polski, czyli pomnik graniczny przy źródłach Sanu.

Komańcza Komańcza Beniowa1
Nowa cerkiew w Komańczy zbudowana w miejscu tej, która spłonęła w 2006r. Wraz z tamtą spłonął ikonostas z 1832r. Klasztor Nazaretanek w Komańczy, gdzie w latach 1955-56 więziony był Prymas Tysiąclecia. Bieszczady to także opuszczone wsie takie jak ta na szlaku do Żródeł Sanu - Beniowa, smutny zapis naszej historii. Pozostały tylko cmentarze i zdziczałe jabłonie.

Na szlaku
Warszawa Sandomierz Jura
Przed siedzibą ukochanej radiowej Trójki. Ojciec Mateusz? Nie. Brak koloratki... Gdzieś na Jurze.

Zagnańsk Wdzydze Kiszewskie Wdzydze Kiszewskie
Dąb Bartek w Zagnańsku był małą wystającą z ziemi gałązką, gdy odbywała się słynna uczta u Wierzynka. Przeżył nie jedno. Najstarszy w Polsce skansen etnograficzny pochodzi z 1906r i znajduje się we Wdzydzach Kiszewskich.

Toruń Licheń Lgota
Studencki klub "Od Nowa" w Toruniu, czyli początki zespołu Republika. Licheń (po lewej). Grób napoleończyka Tomasza Kłossowskiego, który wg. legendy przeniósł  słynny obraz z podobizną MB do Lichenia. Na szlakach wędrówek odnaleźliśmy Lgotę pod Częstochową (po prawej) skąd obraz trafił do Lichenia.

Pustynia Błędowska Kraków Bukowiec
Pustynia Błędowska, choć już coraz mniej ją przypomina ciągle jednak stanowi spory obszar. "A w Krakowie na Brackiej pada deszcz..." Na szlaku.

Górzanka na szlaku na szlaku
Na szlaku.

baner

    Ciągle w życiu powtarzam sobie, że należy zachować przede wszystkim zdrowy rozsądek. Cóż jednak, gdy wokół tyle pokus by we własny zdrowy rozsądek po prostu zwątpić. Bombardowani jesteśmy zewsząd przekazem słownym zaklętym czasem w tekst, którego specyfika pozwala wybrzmiewać myślom autora długo po ich napisaniu. Wertując przedwojenną prasę średzką mamy świadomość, że oczom naszym ukazuje się świadectwo historii, ulotny stan serc i umysłów ludzi „małej ojczyzny”. Już nigdy nie było takiego lata 1939 roku, już nigdy później ludziom nie towarzyszył ten stan emocjonalnego napięcia jak wtedy. Ludziom czytelnikom, ludziom autorom. A obok tego napięcia reklamy, wszak życie toczy się dalej. Mam przed oczyma słynną scenę z „Kroniki wypadków miłosnych” Konwickiego, w której pada melancholijny tekst: „co za dziwne lato; który mamy rok? rok 1939? zupełnie nie do zapamiętania...”. Tamtych ulotnych chwil, upalnego lata, burzowej nocy ostatnich dni sierpnia 1939r. nikt ze średzian starszej daty w szczegółach z pewnością nie pamięta. 

    Co innego prasa, tutaj wszystko mamy na dłoni, po 40, 60 i 100 latach: stan serc i umysłów. Dlatego właśnie jedną z najważniejszych cnót tych, którzy mienią się odpowiedzialnymi (duże słowo) za publikacje winna być właśnie odpowiedzialność. Nie za to czy tytuł przetrwa, czy przetrwam, jako autor, redaktor naczelny, ale za słowo. Bo słowo to ważna rzecz, a wynalazek pisma pozwolił nam je utrwalić. Jeśli więc czytamy i robimy to ze zrozumieniem, oczyma wyobraźni, podświadomie widzimy stan serc i umysłów autora i czytelników epoki. Czasem dochodzimy do wniosku, że ten i ów autor szedł pod prąd, że rozmijał się z duchem epoki widocznym (oczyma wyobraźni) w tle. To też kwestia odpowiedzialności za słowo: piszących i publikujących. Czasem jednak pismo, z braku odpowiedzialności kogokolwiek staje się Hyde Parkiem, w którym każdy ma prawo wejść na trybunę (szpaltę) i prychnąć wszem i wobec słowem (utrwalonym na dziesięciolecia) w rodzaju: „Byłem na słońcu, pogłoski o jego wysokiej temperaturze są mocno przesadzone”. Z pewnością kilku przechodniów zatrzyma się na chwilę pukając wymownie w czoło i pójdzie dalej, w ślad za toczącym się życiem. Ale pismo, jak już wiemy ma to do siebie, że Ci nieszczęśni przechodnie, którzy mieli wątpliwą przyjemność posłyszenia bzdur niosą owego megalomana ze sobą. Ba, pokażą go ze wstydem sąsiadom i zostawią w spadku swoim dzieciom. Sąsiedzi zapytają z przekąsem i pobłażaniem: „rozumiem, że to taki wasz lokalny Hayd Park?” A dzieci? Może nie uwierzą...

    Tak, odpowiedzialność za słowo. Pamiętajmy o niej, nie tylko by odmalować po latach ducha epoki, lecz przede wszystkim by miano o nas dobre zdanie w każdej epoce.

* * *


Historia wolnego słowa
W numerze nr 9 i 10/11 Głosu Powiatu Średzkiego ukazały się artykuły podpisane Karol Barczak (czasem pseudonimem El Barin), w których autor wyraził swoje zdanie na temat obcych nacji, a w szczególności Żydów. Ponieważ temat ten jest szczególnie modny w naszym życiu publicznym (z różnych powodów) postanowiłem zamanifestować moją niezgodę na klaustrofobię wyzierającą z tych tekstów. I nie chodzi tutaj o jakąkolwiek nację - chodzi raczej o tę modę. Nie przypuszczałem jeszcze wtedy, że te dwa artykuły to tylko wierzchołek góry lodowej całokształtu światopoglądowego autora, czego wyrazem były inne, późniejsze  teksty (ale i wcześniejsze, do których dotarłem). Wymowa tych tekstów pozostaje indywidulną oceną czytelnika, ale myślę sobie, że dla wielu myślących podobnie jak ja okazały się i straszne i śmieszne. Z czasem zrozumiałem, że taki już urok tegoż autora i należałoby machnąć reką, gdyby nie przeświadczenie, że zwyczajnie po ludzku wstyd mi, tutaj na wybrzeżu, z dala od Środy za poziom średzkiej prasy, który zdecydowanie zaniżają dziwne artykuły El Barina. Stąd wynikła moja przydługawa korepondencja mailowa z redakcją Głosu Powiatu Średzkiego, która w konsekwencji pozostała głucha na moje argumenty, co tylko umocniło mnie w  oglądzie tej sytuacji ale również niestety we wstydzie za Głos Powiatu Sredzkiego, który z pewnością (wierzę w to) nie jest głosem powiatu średzkiego.

Mój pierwszy list do redakcji z 6 września 2011r:

Witam, 6.09
Chciałbym za państwa pośrednictwem odpowiedzieć na artykuł (dwuczęściowy) pióra p. Karola Bartczaka, który ukazał się w Głosie Powiatu Średzkiego nr 9 i 10/11. Treści zawarte w jego wypowiedzi wydają mi się nad wyraz szkodliwe, stąd mój tekst. (załącznik  w formacie .doc)
Pozdrawiam serdecznie,
Z poważaniem

Załącznik (format pdf) >>

Tego samego dnia dostałem zdawkową odpowiedź, w stylu: ok, przyjeliśmy do wiadomości (treści odpowiedzi ze zrozumiałych względów nie publikuję). Machnąłem reką, ale wkrótce w GPS ukazały się kolejne teksty autora, tym razem zawierające "oryginalne" teorie dotyczące początków polskiej państwowości i pochodzenia Słowian. Prócz tego że teksty te nie nosiły żadnych znamion naukowości, co można by usprawiedliwić ich eseistyczną formą i zawierały bardzo "oryginalne" poglądy autora prezentującego zacięcie edukacyjne a także dlatego że oscylowały w granicach światopoglądowych zbliżonych do przedstawionych we wcześniejszych tekstach postanowiłem znowu napisać:

List do redakcji z 5 października 2010r:

Szanowny panie redaktorze

Swego czasu wysłałem do GPŚ polemikę z - jak mi się wtedy wydawało - "ukrytym" antysemityzmem przezierającym z tekstów p. Bartczaka, publikowanych dzięki gościnnym łamom GPŚ. Niestety moja polemika z redakcji wiadomych względów nie została opublikowana. Cóż, może niezbyt wyraziście wyartykułowałem w niej swoje racje; pomyślałem, że może znajdzie się ktoś kogo również uwierać będą odgłosy irracjonalnego, ksenofobicznego strachu p. Bartczaka, ktoś kogo myśl znajdzie drogę na lamy GPŚ, w charakterze równowagi. Takimi sprawami żywotnie interesuje się stowarzyszenie "Nigdy więcej", prowadzi m.in. brunatną księgę. Tymczasem ze zgrozą przeczytałem kolejne pseudonaukowe bzdury zabarwione tą samą nacjonalistyczną, brunatną barwą, zamieszczone na całej szpalcie GPŚ. Myślę więc sobie, że linia pisma chyba taka po prostu jest, może nieco modna w ostatnim czasie, ale zapewniam: odium historii Polski i świata nie rozgrzesza z zamiłowania do tej mody. Każde pismo które nie chce być postrzegane jednoznacznie skrajnie musi bacznie zważać na groźne zjawisko twórczego, zapalczywego nadmiernego obciążenia którejkolwiek ze stron. Bez względu na to czy to strona lewa czy prawa. Pismo, jak wiele innych rzeczy łatwo porównać do statku czy okrętu na morzu; nierównomierne obciążenie burt prowadzi w najlepszym wypadku do przechyłu, co tuż przed katastrofą wyglądać może, dla postronnego obserwatora śmiesznie, kuriozalnie. Z dużym ciężarem na burcie radzą sobie tylko duże statki. Niektóre teksty zamieszczane w ostatnim czasie w GPŚ są jednostronnie ciężkie, by nie powiedzieć ociężałe. Widok mrówki niosącej słonia stawia w śmiesznym świetle nie słonia lecz mrówkę. Ociężałość tych tekstów przejaskrawia się mierząc je lokalną skalą tła, tej "małej ojczyzny", kwitnącej, rozwijającej się w ostatnim czasie, mającej się świetnie - co szczególnie dostrzec można z oddali i gdy powraca się tutaj jak do domu. Oj, zapomniałem jednak, że pojęcie "małej ojczyzny" jest teraz również passe, również groźna dla zachowania narodowej czystości. Logicznie reasumując antylogiczne wywody ostatniego tekstu pt. "Etymologia słowa "Polska" pojęcie heimatu narzucili Niemcom tacy sami obcy, którzy nas Polaków mamią pojęciem "małej ojczyzny". Stek infantylnych bzdur o pojęciu "małej ojczyzny" rozwijanych z lubością w artykule okazuje się tylko wierzchołkiem góry lodowej, po analizie wszystkich wcześniejszych tekstów dotyczących historii Polski. Każdy kto choć odrobinę, racjonalnie i świadomie wgłębiał się w historię Polki i Polską historiografię poczuje po analizie tych tekstów ten sam zapach, zapach Gomółki (nie mylić z profesorem, ekonomistą). Każdy kto zna współczesny kontekst historiograficzny i oglądał galerię socrealistycznego malarstwa wczesnośredniowiecznej historii Polski eksponowaną w Muzeum Początków Państwa Polskiego w Gnieźnie, z miejsca dostrzeże ten sam rodzaj infantylnego pojmowania historii wywodzący się jeszcze z zaszczepionego w braci szlacheckiej I Rzeczypospolitej sarmatyzmu. Urodziłem się i wychowałem w Środzie Wielkopolskiej, z której później w celach edukacyjnych i zawodowych wyjechałem. Mieszkam i pracuję w Gdyni, którą poznałem, akceptuję i z która już dziś czuję się związany. Ale moją "małą ojczyzną" jest i pozostanie Środa Wielkopolska i okolice. Tutaj jest mój rodzinny dom, tutaj powracam, tutaj mam swe ulubione miejsca, tutaj mam swój zapach powietrza i kolor nieba. Wielokrotnie opisywałem to zjawisko na swojej stronie internetowej. Wiem, że trudno zaakceptować niektóre założenia teoria względności, ale może wystarczy przyjąć że ona jest i jest potwierdzana eksperymentalnie. Jeśli p. El Barin nie potrafi zrozumieć pojęcia "małej ojczyzny" to niech przynajmniej przyjmie że ono istnieje i nie ma nic wspólnego z oszczędnym gospodarowaniem myślą reprezentowaną w jego artykułach. 

Mam jednak pewne, może nieuzasadnione, podejrzenia, że przyjmowanie tego absurdalnego ciężaru na prawą burtę jest jednak elementem polityki pisma. To smutne. Ponieważ jednak nie jest mi obojętny los mojej "małej ojczyzny", będę przyglądał się pismu i weryfikował moje (może nieuzasadnione) podejrzenia.


Tego samego dnia doczekałem się odpowiedzi w której zarzucono mi posługiwanie się groźbą i naciski na wolność prasy (!). Niezgodzono się z moją argumentacją, a zacięcie p. El Barina opisano jego polonofilstwem (!). Co ciekawe dano mi również do zrozumienia, że ocenianie prasy (tzw. "etykietowanie") jest niedopuszczalne (!). Zarzuty brzmiały kuriozalnie, więc odpisałem:

List do redakcji z 5 października 2010r:

Szanowny panie redaktorze

Proszę nie przypisywać mi intencji, których nie mam. W żadnym miejscu mojego maila nie posunąłem się do gróźb, a jeśli tak Pan uważa proszę te groźbę zdefiniować. Nie bardzo mogę spbie wyobrazić czym mógłbym GPŚ "postraszyć", chyba tylko zapowiedzią nie czytania pisma. Zresztą, takie rozwiązanie, powołując się na "wolność czytania" mi Pan zasugerował. Dziękuję, nie skorzystam. Swoją drogą, może wystarczyło powołać się na elementarne poczucie wolności, bo o wolności słowa wiele słyszałem, ale o "wolności czytania" po raz pierwszy. Nikt też wcześniej nie mówił mi np. o wolności korzystania z tego czy innego przejścia dla pieszych. Myślę, że relacja tych zależności jest identyczna i nie wiele ma wspólnego z tak poważną sprawą jak wolnością słowa. Jeśli jakieś pismo notorycznie publikuje teksty w których segreguje się ludzi wg. określonych nacji, odmawiając praw jednym, a nadając je innym w imię jakiś mitycznych, głęboko zakorzenionych, mesjanistycznych poglądów siła rzeczy musi się liczyć z nadaniem mu "łatki" i "etykiety". Pismo podlega ocenom czytelników. Treści publikowane na jego łamach stanowią o wizerunku pisma. Co te oczywiste prawdy mają wspólnego z wolnością prasy? Pan, jako redaktor naczelny dba o ten wizerunek i musi być Pan przekonany o słuszności obranej drogi. Proszę jednak nie mówić, że kierunek tej drogi musi stanowić dla czytelnika zagadkę, nawet wtedy gdy ów czytelnik dostrzega ostry prawy zakręt. Ja również jestem polonofilem, kocham Polskę, służę jej, znam powinności wobec niej, interesuję się jej historią i geografią. Oddycham Polską. Ale nigdy nie przyszłoby mi do głowy przeświadczenie, że Polska to tylko mój dom, a obcym wara. Myślę, że polonifilizm, a ultra prawicowość to pojęcia które nawet nie brzmią tak samo, proszę więc nie wmawiać mi, że dostrzega Pan w tekstach p. Bartczaka tylko polonofilizm.

Również z szacunkiem, 
Marcin Braszak

Niespodziewanie, dzień później nastąpiła wolta GPŚ i ku mojemu zdumieniu odebrałem list z którego dowiedziałem się, że dotychczasowa publikacja mojej polemiki nie była możliwa z powodu technicznego (długość tekstu) i że jednak ogólnie moje argumenty są słuszne. Podejrzenie fasadowosci tego maila potwierdziło się wraz z kolejnymi jeszcze bardziej rozbrajającymi tekstami El Barina publikowanymi w GPŚ i brakiem dalszego toku spraw deklarowanych w mailu. Pomiędzy 3 a 4 częścią eposu p. El Barina napisałem kolejny (z wielkim zażenowaniem) mail do redakcji GPŚ

List do redakcji z 10 listopada 2010r:

Szanowny Panie redaktorze!

Może Pan pomyśli, że zwyczajnie się uwziąłem i żywię jakąś ukrytą awersję do Pana El Barina vel Barczaka, ponieważ znowu piszę w jego sprawie. Rozwieję Pana wątpliwości. Nie uwziąłem się, nie pisze w jego sprawie, lecz w sprawie publikacji jego artykułów. I nie chodzi już tym razem o rzeczy, które zarzucałem im we wcześniejszej korespondencji. Cóż, prawdę mówiąc –  konsultując to ze średzkim środowiskiem – stwierdziłem, że wypowiedzi społeczno – polityczne tego Pana – takie, a nie inne - siłą rzeczy muszą pozostać częścią wizerunku pisma. Ktoś za ten wizerunek odpowiada, ktoś go kreuje, ktoś wytyczył pismu drogę i ktoś korzysta – zakładając że robi to świadomie – z takich, a nie innych środków wyrazu. W kategorii poglądów społeczno – politycznych niech sobie ten Pan i pismo mają poglądy prawicowe, lewicowe, i rozmaite inne „ – owe”. Jak już powiedziałem to sprawa smaku, w którym - jak pisał klasyk – „są włókna duszy i chrząstki sumienia”. Jednak zaczynam teraz powątpiewać w rzeczywistą, świadomą publikację i zapytam wprost: czy ktoś, przed publikacją w ogóle czytał trzy ostanie teksty tego Pana? Ja rozumiem że można posiadać oryginalność poglądów i można przy odrobinie artyzmu i dobrej woli beneficjentów teorii teoretyzować, że jednak w centrum naszego wszechświata jest ziemia, a Kopernik zaliczył naukowy humbuk. Można starać się udowodnić, że Wielką Piramidę w Gizeh zbudowali jednak przedstawiciele innej cywilizacji. Sprawa ma się jednak iczaczej, jeśli założymy, że czytelnik jest dojrzały, z w miarę skrystalizowanym światopoglądem i przede wszystkim średnio (nie w znaczeniu instytucjonalnym) wykształcony, a piszący ma zacięcie edukacyjne. W tym układzie, raczeni śmiesznymi teoriami zaczynają się po prostu zastanawiać: o co chodzi autorom, o co chodzi pismu, które zalicza takie wpadki i kto z kogo, w tym układzie kpi? Bo przecież zakładamy, że pismo nie potyka się rozmyślnie, świadomie. Jeśli więć ktoś przed publikacją ostatnich trzech artykułów tego Pana zadałby sobie trud ich przeczytania ze zrozumieniem, pojął by w lot, że przeziera z nich skrajna ignorancja, negacja obowiązujących teorii bez jakiegokolwiek naukowego kontekstu i bezgraniczne uwielbienie swej nieomylności? Chyba, że ktoś jednak nie pojął… a szkoda, bo przecież El Barin pisze swoje eseje z wyraźnym zacięciem edukacyjnym, a to jest już szkodliwe. Czytając tekst El Barina o etymologi słowa Polska i będąc świadomym zawartej w nim materii należy zapytać:

1.     Na jakiej podstawie uważa tzw. Autochtoniczną teorię etnogenezy Słowian za jedyną słuszną i „udowodnioną”? Czy nie pisząc o znacznie częściej dziś potwierdzanej naukowo teorii allochtonicznej, wie że sprzeniewierza się elementarnemu poczuciu naukowej / pedagogicznej uczciwości?

2.     W jaki sposób, gdzie i kiedy „tradycja, legendy ustne i pisemne […] odkrycia archeologiczne dowodzą, że Polskę dał Polakom Bóg”? I nie jest to wcale pytanie o religię.

3.     Kto i kiedy „udowodnił”, że „Polacy do Polski nie przybyli nie wiadomo skąd.” Kim są owi „niektórzy”, wmawiający rzekomo „nam” że nie jesteśmy autochtonami nad Wisłą?

4.     Dlaczego pisze „Polska i Polacy” istnieli wiele wieków przedtem zanim powstało państwo Mieszka, skoro w ogóle jak widać nie ma pojęcia o czym pisze. Rozumiem, że wg. jego wywodów najpierw byli „Polacy i Polska”, później państwo Mieszka, a później nastali znowu „Polacy i Polska”. Kompletne pomylenie pojęć, elementarne na poziomie historii pierszej klasy gimnazjum.

5.     „Za moją przyczyną […] upada dawna teoria dotycząca etymologi słowa „Polska”, którą karmiono nas poprzez wieki”. W rzeczywistości etymologia sensu stricte słowa „Polska” pozostaje identyczna i niezmienna zarówno w obowiązującym stanie wiedzy, jak i w „odkrywczych” teoriach El Barina. Może to problem ze zdefiniowaniem słowa „etymologia”? A może to właśnie (o czym zapomniał napisać El Barin) teorią autochtoniczną „karmiono nas poprzez wieki”?

6.     Nie ma żadnych sporów dotyczących istnienia tworów państwowotwórczych w górnym biegu Wisły, przed państwowotwórczą erupcją Piastowskich Polan.

7.     Skąd Gall Anonim czerpał wiedzę o Słowianach w IV, V wieku i ich miejscu na kontynencie? Starożytni kronikarze pisali o ludzie Wenedów / Wenetów, którego związki ze Słowianami są dziś raczej nie możliwe do udowodnienia. Tacyt, na przykład mówi o związku Lugijskim identyfikowanym dziś powszechnie także z Wandalami, którzy stali się synonimem dewastacyjnego marszu na cesarstwo i dalej oraz o Wenetach. Byli to przedstawiciele definiowanej przez archeologię kultury przeworskiej, a tej żaden poważny naukowiec nie wiąże dziś ze Słowianami, podobnie jak dziś nikt nie wiąże ze Słowianami kultury łużyckiej, twórców Biskupina. Średniowieczny (VI w) Jordanes (za Kasjodorem, obydwoje byli Gotami) definiuje lud „Sclaveni” (już poddane łacinizacji) identyfikowany ze Słowianami i twierdzi, że to dawni Wenedowie. Ale pod ta nazwą w historii wystepowali także celtyccy Wenetowie w Bretanii i Iliryjscy nad Adriatykiem. Czy to także Słowianie? Nie ma żadnych dowodów na poparcie tezy, że Tacyt i Jordanes pisali o tych samych Wenetach.

8.     Sformułowania typu „w polszcze ziemi”, „polski ziemi” są niczym innym jak stosowaną w staropolszczyźnie rzeczownikową odmianą przymiotników. Do dziś przetrwała tylko deklinacja zaimkowa, ta rzeczownikowa zanikła, choć pozostały pewne relikty np. bądź zdrów zamiast bądź zdrowy. Tłumaczenie tego sformułowania jako „w Polszcze czyli w ziemi” świadczy tyleż o megalomanii autora co po prostu o jego niewiedzy.

9.     Goci i Wandale to ludy germańskie (!!!) i twierdzenie, że byli Słowianami (w ogóle zapominając, że byli praktycznie ciągle w ruchu i przemierzyli w swej wedrówce cały kontynent) to już herezja.

10.  Itd., itd. Wpadka, za wpadką, głupota za głupotą.

Dlaczego pismo popularyzuje wiedzę na takim, żenującym poziomie? To pytanie chyba retoryczne.

Ponieważ w trzecie części swych wywodów pan El Barin nawiązał (jak sadzę po zapoznaniu się z moim listami do redakcji) do „oszczerców” kierując do nich Hymn do miłości ojczyzny” zakończę tekstem który zamieściłem na swojej stronie.

„Czy jesteśmy godnymi potomkami powstańców styczniowych, listopadowych, wielkopolskich, śląskich i innych?”[El Barin]

Otóż niektórzy są godnymi, inni nie. Nie są godnymi Ci, którzy potrafią o tych wielkich rzeczach tylko bezgranicznie, bałwochwalczo, i megalomańsko kłapać. Nie są godni Ci, którzy strzelają słowami pieśni wielkich, pieśni naszych serc niczym biczem, kompletnie ich nie rozumiejąc."Święta miłości Kochanej Ojczyzny / Czują Cię tylko umysły poczciwe”. Biskup Krasicki pisząc tę rycerską pieśń znał wagę słowa „poczciwe”, które znaczyło wtedy i dziś także „uczciwe”. Głosząc naukowe teorie z wyraźnym podtekstem oświatowym trzeba mieć w sobie tę odrobinę uczciwości, by dochować nauce wierności. Kochajmy Polskę, Kochajmy Polaków, wszystkich mieszkańców tego domu pomiędzy Bałtykiem, a Tatrami i bądźmy świadomi całej jego trudnej historii, całej naszej polskiej tożsamości. Nie oszukujmy samych siebie, mrużąc oczy na historię! Bo to po prostu nie licuje z patosem i tożsamościowym ciężarem słów hymnicznych, którymi tak ochoczo szafujemy. A jeśli już chcemy nauczać najpierw skorzystajmy z elementarnej edukacji sami: to także kwestia pokory wobec czytelników.

    Treść mojego maila pozostała bez odpowiedzi, czemu zresztą w kontekście całej historii się nie dziwię. 23 listopada ukazała się ostatnia, czwarta część domysłów p. El Barina nt. pochodzenia słowa Polska i związanych z tym słowem konotacji. Wbrew zaleceniom niektórych średzian, by w niego po prostu nie brnąć (dla zdrowotności...) polecam serdecznie ten tekst wszystkim posługującym się zdrowym rozsądkiem w celach terapeutycznych. Ostrzegam: objawy uczucia wstydu jednak nie ustają...

    Zabawne jest zakończenie artykułu. "Sformułowane w tekście moje wnioski, chronione są prawami autorskimi” (El Barin). Otóż jestem tutaj trochę w kłopocie, bo chyba nie tym samym językiem się posługujemy. Panu El Barinowi nie chodzi przecież o znaczenie słowa „wniosek” w rozumieniu „pisemnego podania” („Słownik Języka Polskiego” PWN, 2003) Nie może to być również drugie znaczenie czyli „wynik rozumowania” ani trzecie czyli „twierdzenie logiczne wyprowadzone z innych zdań, uznanych za prawdziwe” bo ani z logiką ani z racjonalnością teksty p. El Barina nie wiele mają wspólnego. Więc pozostaje ostatnia interpretacja: wniosek w sensie „propozycji”. 

    W jednym ze swoich artykułów p. El Barin pisze: „’Polska’ nie jest więc krajem Żydów, Niemców, Rosjan oraz innych narodów.” Nieco dalej stwierdza: „’Oni’ to wiedzą (że mają gdzie indziej swoje ojczyzny – przyp. M.B.), dlatego goście nasi w Polsce (obce narody) wymyślili sobie bzdurne pojęcie ‘małej ojczyzny’, które stało się aktualnie bardzo modne. Stwierdzić należy jednak z całą stanowczością, że coś takiego nie istnieje, albowiem Matkę/Ojca/Ojczyznę/Macierz ma się tylko jednych. Nie można mieć dwóch Ojczyzn [...] jednocześnie, małych i dużych." Mam pytania, bo chyba niezbyt dobrze uważałem w szkole... Kiedy Polska była krajem jednego narodu? To pytanie oczywiście retoryczne, bo mówimy oczywiście o nauce, której na imię historia. 

    Pan El Barin coś tam niby słyszał, w jakiej rzeczywistości przyszło mu funkcjonować, coś tam niby obiło mu się o uszy z zagadnień socjologicznych, nieco z nauk politycznych, nieco z psychologii społecznej, jeszcze mniej z historii, ale trudno przyjąć mu do wiadomości, że ojczyzna jakakolwiek by ona nie była: mała czy duża, to stan serc i umysłów, a nie jednostka prawna czy organizacyjna, jak tego chciałyby niektóre grupy. O ile  rzeczywiście mówi się o istnieniu pojęcia „małej ojczyzny” – zjawiska, które istnieje i ma się dobrze – o tyle mam kolejne retoryczne pytanie do El Barina (mam ich zresztą tysiące, ale przez litość zadam tylko te) czym dla niego jest ta „duża ojczyzna” i dlaczego przejawia takie ciśnienie by mówić o niej „duża”? Zgadzam się z p. El Barinem: moją Ojczyzną jest Polska; żadną małą, żadną dużą, po prostu: Ojczyną. To stan serca i umysłu. Nie uznaję, że to tylko moja ojczyzna, bo nigdy w istocie rzeczy w jej historii tak nie było. Nie uznaję, że to tylko moja ojczyzna, bo nie miałem i nie będę miał prawa to innych serc i sumień. Funkcjonuje w mojej świadomości także inne zjawisko: „mała ojczyzna” i choć mają te dwie miłości wiele wspólnych mianowników to nie wykluczają się wzajemnie, nie wchodzą sobie w drogę, nie znoszą się wzajemnie! I może p. El Barin tego nie wie i ktoś musi mu to uświadomić, że także funkcjonuje w swojej „małej ojczyźnie”; pisze do lokalnej gazety, pisze o tematach dotykających spraw wielkich i sprawach lokalnych, na co dzień nie przemieszcza się dalej niż 30-40 km, nie spotyka innych ludzi niż zwykle i nie zaskakuje jego oczu krajobraz inny niż ten, do którego jego oczy się przyzwyczaiły i traktują jako swojski. 

    Czytając całość rewelacji p. El Barina można dojść do wniosku (tym razem już jako efekt racjonalny) że w wielu sprawach, a zwłaszcza tych tyczących się historii jest jak ów Pan Jourdain z komedii Moliera „Mieszczanin szlachcicem”: całe swoje życie nie wie, że mówi prozą.

* * *

Wizytówka miasta

    „Oto najlepszy jest relaks: Niedziela na Głównym, na Głównym niedziela” - śpiewał swego czasu niezrównany obserwator naszej rzeczywistości Wojciech Młynarski. Oczywiście, tu małe zastrzeżenie: było to jeszcze w czasach, gdy na różnych „głównych” można było spędzić nieco czasu, będąc pozbawionym obaw, że napadną nas widoki obskurne i kloaczne zapachy, których znosić długo dla zdrowia wszelakiego niepodobna. 

    Byłem ostatnio na Naszym ”głównym”, albo raczej „jedynym” w celach bynajmniej rekreacyjnych, lecz z potrzeby tej samej, która kieruje tutaj setki i tysiące pasażerów: zakupu biletu. Nigdzie tego dnia się nie udawałem, znikąd nie przyjeżdżałem, zjawiam się tutaj nawet sporadycznie. Niestety, zastany przeze mnie obraz rzeczywistości wywołał potok myśli raczej podszytych wstydem niż próbami zrozumienia. Bo przecież, mamy takie, można by rzec „narodowe” powiedzenie: „był czas przywyknąć”. Dlaczego więc, ciągle nie potrafię? Może dlatego, że po raz kolejny czytam w lokalnej prasie, że być może coś się zmieni, bo władze Środy dogadują się z PKP, że być może niedługo będzie inaczej i wszystkie te nadzieje, ciągłe nadzieje zawsze upstrzone są magicznym słowem „szansa”. Ileż to już takich „szans” średzianie przeżywali, w ciągu minionych 20 lat? Zadziwiające, w tych ciągłych nadziejach na normalność jest zawsze uzależnienie jej od konieczności przebudowy, burzenia, dobudowywania… Czy naprawdę musimy uwierzyć w to, że jedynym sposobem na zaprowadzanie porządku na średzkim dworcu jest jego gruntowna przebudowa? 

    Swego czasu, w nadziei na „estetyzację” – jak to się teraz przyjęło mówić na PKP - powzięto decyzję o zamknięciu części obiektu na noc żelazną kratą. Otwarty pozostał tylko dostęp do kas i niewielkiej przestrzeni z ławkami. Czy to coś zmieniło? By odpowiedzieć sobie na to pytanie, proponuję wizytę na dworcu około dwudziestej… Tak, Środa to nie Poznań i na stadionie 700-lecia żaden mecz w ramach Euro 2012 rozegrany nie będzie. Nie będziemy musieli się wstydzić, że w drodze na średzki stadion goście zanurzą się w brudzie i miazmatycznych wyziewach średzkiego dworca. Żadne to pocieszenie dla rozsądnie myślących obywateli miasta, którzy mają tą świadomość, że do Środy jednak koleją przyjeżdżają goście, że wyjeżdżają z niej i że ruch ten nie ma i nie musi przecież mieć nic wspólnego z Euro 2012. Na marginesie, odpowiedź na pytanie, dlaczego tegoroczny turniej o takiej randze stał się jedyną siłą napędową prowadzonej akcji upiększania dworców, musi wywoływać kolejne przemyślenia o naszych złych narodowych cechach. 

    Jest więc dworzec kolejowy wizytówką miasta, pierwszym (lub ostatnim) budynkiem użyteczności publicznej, do którego kierują swe kroki podróżni. Jak im się kojarzy Środa? I cóż to za pocieszenie, że wiele miast i miasteczek w Polsce kojarzy się tak samo? Władze miasta potrafiły dostrzec, że dotychczasowa formuła tzw. witaczy, przydrożnych symboli Środy wyczerpała się i potrzebne są nowe. Możemy, więc zakładać, że władze rozumieją, co jest wizytówką miasta i że nie jest to tylko sam rynek. Ale czy pamiętają jeszcze, że koleją można przyjechać do Środy? Nie dajmy sobie wmówić, że kluczem do sukcesu, zawsze odległego, a w praktyce pozostającego mżonką jest przebudowa, rozbudowa i zabudowa. Może wystarczy dobrze przemyślana koncepcja przywrócenia dworcu swej roli i konsekwencja w jej urzeczywistnianiu. A może klucz do sukcesu, leży jednak w elementarnym poczuciu wstydu? Czy władze miasta, mając dwudziestoletnie poczucie wstydu za taką, a nie inną wizytówkę mają jeszcze świadomość tego uczucia? Bo jeśli nie, to nie oszukujmy się, że znowu mamy „szansę” na zmiany na średzkim dworcu.

14.02.2012


b

cr ©MB 12.2011
ost. zm. 02.2012

n a w i g