![]() |
![]() |
Gdynia – miasto „z morza i marzeń”. Niektórzy mówią: polskie Iquitos – miasto dla zuchwałych. Nie ma starówki i nie ma historycznych obciążeń… A turyści ciągle potrafią pytać o stare miasto… Teraz – a właściwie od nastu lat to także moje miasto; rozumiem jego legendę i mam w nim „swoje” miejsca. I jest także, a może przede wszystkim Środa Wielkopolska i okolice – kraj lat dziecinnych, który ciągle na nowo staram się opisać na tej stronie. Opuściłem go do szkół udając się dawnymi czasy. Później służba „pro patria” rzuciła mnie nad polskie morze. Ale do małej ojczyzny powracam z sentymentem i przekonaniem, że warto jest mieć swoje mniejsze niebo w życiu. Zwłaszcza te kilka magicznych miejsc. I dom duży. Pomiędzy falą omiatającą wybrzeże, a Tatrami, pomiędzy dużą wyspą, a nieskończenie pięknymi Bieszczadami. Jestem niepoprawnym polonofilem. Interesuje mnie tylko ten krajobraz, tylko ten kolor nieba i zapach powierza. Interesuje mnie ta historycznie ukształtowana tożsamość, którą tak trudno zdefiniować, jak każde uczucie. Więc ciągle mam chęć do powiększania tej życiowej przestrzeni, choć jest stabilna i oswojona – odkrywam Polskę, bo czuję ten szopenowski krajobraz i rozumiem jego historię. |
| To moje
przestrzenie trójwymiarowe.
Czwarty, piąty i kolejne wymiary to żona Ania i junior Michał. Ta przestrzeń to także muzyka, brytyjski „triumwirat”: The Beatles, Pink Floyd i Dire Straits. Nie koniecznie w tej kolejności. „Where Do You Think You’re Going” czy „Lśnij, szalony diamencie” – poezja dźwięku. A „Atom heart mother” we fragmentach potrafi zawsze wzruszyć mnie tak, jakbym słuchał tej suity pierwszy raz. Czasem „wzywam” Leonarda Cohena, czasem wystarczy nauczyciel historii Kaczmarski, albo na nowo odkrywany nieposągowy Nohawica. W słowie pisanym nie przedkładam niczego ponad Iwaszkiewicza i Żeromskiego, ale czasem trzeba sięgnąć po poezję i tu zjawia się Leśmian, gdy „o nic nie chodzi” i rewolucyjny Broniewski, który krzyczy mi nad uchem: Życie jest diabła warte / poza Szopenem, Mozartem; / poza Słowackim i Mickiewiczem / jest w ogóle niczem.” Życiowa maksyma? "Wyobraźnia jest ważniejsza od wiedzy". Ciągle pociesza mnie to, że powiedział to Einstein. Niezmiennie fascynuje mnie wszystko, co lata, tak, ptaki też, choć mówię raczej o awiacji. A kiedy trzeba się wreszcie wyciszyć wzrok pada na albumy z Caravaggiem – na te subtelne cienie i blaski albo na grafiki Durera. I jednym tchem: Malczewski i Gierymski. Ulubiony film? Chyba „Zapach kobiety” z genialną rolą Pacino. To film o wartościach, o ich priorytecie i o tym co w życiu warto. Nie, nie jest nudne kino polskie: najlepiej Wajda i Kolski, no może czasem nie zastąpiony bywa Kieślowski, a na chandrę adaptacja „Nad Niemnem” ze świetnym śp. Jackiem Chmielnikiem: „Co to za kraj? Tu wszyscy po kimś albo za czymś płaczą!” "Trójka"
- najlepsza stacja radiowa! Bo liczy się
słowo z sensem i muzyka z sensem. Sens ciągle jest w cenie. Muzycznie,
od początku do końca ukształtował mnie Marek Niedźwiecki, a Lista
przebojów to teraźniejszość i wspomnienia. I tak już od ho
ho ho
albo i dłużej. Acha i jeszcze
jedno: na co patrzą żołnierze w „Pikiecie”
Gierymskiego?
Nie, nie poszukuję
odpowiedzi – ważne jest raczej pytanie. Bo wszystkie ważne
odpowiedzi dopiero przed nami.
|
![]() |
|
Uwielbiam zwiedzać Polskę. Staram się w tych peregrynacjach, by słowo "zwiedzać" zawsze znaczyło dużo więcej niż "bywać". Niepoprawny polonofil – a ta nieuleczalna „przypadłość” stała się moim udziałem – stara się przede wszystkim poznawać. Krajobraz, zachowany i przetworzony, dzieje malowane architekturą – słowem obraz tożsamości. Tożsamości kształtowanej państwowością pierwszych Piastów i stabilizacją ostatniego z dynastii. Tożsamości kształtowanej rosnącą potęgą Jagiellonów, która już u progu, złamała potęgę krzyżacką, by później, mądrością braci szlacheckiej stać się udziałem stanowej monarchii, Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Obojga tylko z nazwy, bo było ich znacznie więcej. Krakowska szkoła historyczna miała rację: jest jakiś fatalizm w Nas samych, że Pierwszą Rzeczypospolitą obróciliśmy w niwecz. Mylili się co do jej dorobku. A ślady tego dorobku ostały się wszędzie. I w tym miała rację, że wszystkie te nasze płomienne zrywy od Baru poczynając, poprzez insurekcyjne kosy, marsze Z ziemi włoskiej do |
![]() |
| Polski
i na Saint Domingo, poprzez rewolucyjne wiosny
narodów, poprzez niemożność listopadowych
generałów i styczniowe śniegi pokrywające
brzegi Wiernej Rzeki i to ostatnie, kolumbowskie, winne
śmierci
Baczyńskiego –
że te wszystkie „o naszą i waszą wolność” w istocie
na
niewiele się zdały. Tych
śladów, podobnie jak tych po pierwszej Rzeczypospolitej
również nie brakuje – ciągle
warto je zobaczyć. Ale jest w tej chęci do poznawania Polski także we
mnie ta
druga tradycja, romantyczna, mickiewiczowska, grotgerrowska i
sienkiewiczowska "ku pokrzepieniu serc". I równie jest we
mnie
silna i równie mi z
nią dobrze, co z prawdami szkoły krakowskiej. Ileż tego romantyzmu w
antyromantycznej "zaśnieżonej beznadzieją zrywu" "Wiernej Rzece", w
której Żeromski potrafi zapisać takie zdanie: "Stare,
wysokie
topole huczały głucho hymny od wczesnego dzieciństwa znane sercu i
uchu.". Koncepcje piastowska i
jagiellonowska, tradycje organicznikowska i romantyczna –
znoszą
się we mnie wzajemnie
pozostawiając to, co było w tej pogmatwanej historii piękne, trudne,
wspólne, wzniosłe i
Nasze. Więc zwiedzam, czyli poznaję. Poznaję samego siebie.
* * * |
|
| Na szlaku | ||
![]() |
![]() |
![]() |
| Przed siedzibą ukochanej radiowej Trójki. | Ojciec Mateusz? Nie. Brak koloratki... | Gdzieś na Jurze. |
![]() |
||
| Pustynia Błędowska, choć już coraz mniej ją przypomina ciągle jednak stanowi spory obszar. | "A w Krakowie na Brackiej pada deszcz..." | Na szlaku. |
![]() |
![]() |
![]() |
| Na szlaku. |
![]() |
|
Ciągle w życiu powtarzam sobie, że należy zachować przede wszystkim zdrowy rozsądek. Cóż jednak, gdy wokół tyle pokus by we własny zdrowy rozsądek po prostu zwątpić. Bombardowani jesteśmy zewsząd przekazem słownym zaklętym czasem w tekst, którego specyfika pozwala wybrzmiewać myślom autora długo po ich napisaniu. Wertując przedwojenną prasę średzką mamy świadomość, że oczom naszym ukazuje się świadectwo historii, ulotny stan serc i umysłów ludzi „małej ojczyzny”. Już nigdy nie było takiego lata 1939 roku, już nigdy później ludziom nie towarzyszył ten stan emocjonalnego napięcia jak wtedy. Ludziom czytelnikom, ludziom autorom. A obok tego napięcia reklamy, wszak życie toczy się dalej. Mam przed oczyma słynną scenę z „Kroniki wypadków miłosnych” Konwickiego, w której pada melancholijny tekst: „co za dziwne lato; który mamy rok? rok 1939? zupełnie nie do zapamiętania...”. Tamtych ulotnych chwil, upalnego lata, burzowej nocy ostatnich dni sierpnia 1939r. nikt ze średzian starszej daty w szczegółach z pewnością nie pamięta. Co innego prasa, tutaj wszystko mamy na dłoni, po 40, 60 i 100 latach: stan serc i umysłów. Dlatego właśnie jedną z najważniejszych cnót tych, którzy mienią się odpowiedzialnymi (duże słowo) za publikacje winna być właśnie odpowiedzialność. Nie za to czy tytuł przetrwa, czy przetrwam, jako autor, redaktor naczelny, ale za słowo. Bo słowo to ważna rzecz, a wynalazek pisma pozwolił nam je utrwalić. Jeśli więc czytamy i robimy to ze zrozumieniem, oczyma wyobraźni, podświadomie widzimy stan serc i umysłów autora i czytelników epoki. Czasem dochodzimy do wniosku, że ten i ów autor szedł pod prąd, że rozmijał się z duchem epoki widocznym (oczyma wyobraźni) w tle. To też kwestia odpowiedzialności za słowo: piszących i publikujących. Czasem jednak pismo, z braku odpowiedzialności kogokolwiek staje się Hyde Parkiem, w którym każdy ma prawo wejść na trybunę (szpaltę) i prychnąć wszem i wobec słowem (utrwalonym na dziesięciolecia) w rodzaju: „Byłem na słońcu, pogłoski o jego wysokiej temperaturze są mocno przesadzone”. Z pewnością kilku przechodniów zatrzyma się na chwilę pukając wymownie w czoło i pójdzie dalej, w ślad za toczącym się życiem. Ale pismo, jak już wiemy ma to do siebie, że Ci nieszczęśni przechodnie, którzy mieli wątpliwą przyjemność posłyszenia bzdur niosą owego megalomana ze sobą. Ba, pokażą go ze wstydem sąsiadom i zostawią w spadku swoim dzieciom. Sąsiedzi zapytają z przekąsem i pobłażaniem: „rozumiem, że to taki wasz lokalny Hayd Park?” A dzieci? Może nie uwierzą... Tak, odpowiedzialność za słowo. Pamiętajmy o niej, nie tylko by odmalować po latach ducha epoki, lecz przede wszystkim by miano o nas dobre zdanie w każdej epoce. * * * |
| Historia wolnego słowa W numerze nr 9 i 10/11 Głosu Powiatu Średzkiego ukazały się artykuły podpisane Karol Barczak (czasem pseudonimem El Barin), w których autor wyraził swoje zdanie na temat obcych nacji, a w szczególności Żydów. Ponieważ temat ten jest szczególnie modny w naszym życiu publicznym (z różnych powodów) postanowiłem zamanifestować moją niezgodę na klaustrofobię wyzierającą z tych tekstów. I nie chodzi tutaj o jakąkolwiek nację - chodzi raczej o tę modę. Nie przypuszczałem jeszcze wtedy, że te dwa artykuły to tylko wierzchołek góry lodowej całokształtu światopoglądowego autora, czego wyrazem były inne, późniejsze teksty (ale i wcześniejsze, do których dotarłem). Wymowa tych tekstów pozostaje indywidulną oceną czytelnika, ale myślę sobie, że dla wielu myślących podobnie jak ja okazały się i straszne i śmieszne. Z czasem zrozumiałem, że taki już urok tegoż autora i należałoby machnąć reką, gdyby nie przeświadczenie, że zwyczajnie po ludzku wstyd mi, tutaj na wybrzeżu, z dala od Środy za poziom średzkiej prasy, który zdecydowanie zaniżają dziwne artykuły El Barina. Stąd wynikła moja przydługawa korepondencja mailowa z redakcją Głosu Powiatu Średzkiego, która w konsekwencji pozostała głucha na moje argumenty, co tylko umocniło mnie w oglądzie tej sytuacji ale również niestety we wstydzie za Głos Powiatu Sredzkiego, który z pewnością (wierzę w to) nie jest głosem powiatu średzkiego. |
| Mój
pierwszy list do redakcji z 6 września 2011r: Witam,
6.09
List do
redakcji z 10 listopada 2010r:Chciałbym za państwa pośrednictwem odpowiedzieć na artykuł (dwuczęściowy) pióra p. Karola Bartczaka, który ukazał się w Głosie Powiatu Średzkiego nr 9 i 10/11. Treści zawarte w jego wypowiedzi wydają mi się nad wyraz szkodliwe, stąd mój tekst. (załącznik w formacie .doc) Pozdrawiam serdecznie, Z poważaniem Załącznik (format pdf) >> Tego samego dnia dostałem zdawkową odpowiedź, w stylu: ok, przyjeliśmy do wiadomości (treści odpowiedzi ze zrozumiałych względów nie publikuję). Machnąłem reką, ale wkrótce w GPS ukazały się kolejne teksty autora, tym razem zawierające "oryginalne" teorie dotyczące początków polskiej państwowości i pochodzenia Słowian. Prócz tego że teksty te nie nosiły żadnych znamion naukowości, co można by usprawiedliwić ich eseistyczną formą i zawierały bardzo "oryginalne" poglądy autora prezentującego zacięcie edukacyjne a także dlatego że oscylowały w granicach światopoglądowych zbliżonych do przedstawionych we wcześniejszych tekstach postanowiłem znowu napisać: List do redakcji z 5 października 2010r: Szanowny panie redaktorze Swego czasu wysłałem do GPŚ polemikę z - jak mi się wtedy wydawało - "ukrytym" antysemityzmem przezierającym z tekstów p. Bartczaka, publikowanych dzięki gościnnym łamom GPŚ. Niestety moja polemika z redakcji wiadomych względów nie została opublikowana. Cóż, może niezbyt wyraziście wyartykułowałem w niej swoje racje; pomyślałem, że może znajdzie się ktoś kogo również uwierać będą odgłosy irracjonalnego, ksenofobicznego strachu p. Bartczaka, ktoś kogo myśl znajdzie drogę na lamy GPŚ, w charakterze równowagi. Takimi sprawami żywotnie interesuje się stowarzyszenie "Nigdy więcej", prowadzi m.in. brunatną księgę. Tymczasem ze zgrozą przeczytałem kolejne pseudonaukowe bzdury zabarwione tą samą nacjonalistyczną, brunatną barwą, zamieszczone na całej szpalcie GPŚ. Myślę więc sobie, że linia pisma chyba taka po prostu jest, może nieco modna w ostatnim czasie, ale zapewniam: odium historii Polski i świata nie rozgrzesza z zamiłowania do tej mody. Każde pismo które nie chce być postrzegane jednoznacznie skrajnie musi bacznie zważać na groźne zjawisko twórczego, zapalczywego nadmiernego obciążenia którejkolwiek ze stron. Bez względu na to czy to strona lewa czy prawa. Pismo, jak wiele innych rzeczy łatwo porównać do statku czy okrętu na morzu; nierównomierne obciążenie burt prowadzi w najlepszym wypadku do przechyłu, co tuż przed katastrofą wyglądać może, dla postronnego obserwatora śmiesznie, kuriozalnie. Z dużym ciężarem na burcie radzą sobie tylko duże statki. Niektóre teksty zamieszczane w ostatnim czasie w GPŚ są jednostronnie ciężkie, by nie powiedzieć ociężałe. Widok mrówki niosącej słonia stawia w śmiesznym świetle nie słonia lecz mrówkę. Ociężałość tych tekstów przejaskrawia się mierząc je lokalną skalą tła, tej "małej ojczyzny", kwitnącej, rozwijającej się w ostatnim czasie, mającej się świetnie - co szczególnie dostrzec można z oddali i gdy powraca się tutaj jak do domu. Oj, zapomniałem jednak, że pojęcie "małej ojczyzny" jest teraz również passe, również groźna dla zachowania narodowej czystości. Logicznie reasumując antylogiczne wywody ostatniego tekstu pt. "Etymologia słowa "Polska" pojęcie heimatu narzucili Niemcom tacy sami obcy, którzy nas Polaków mamią pojęciem "małej ojczyzny". Stek infantylnych bzdur o pojęciu "małej ojczyzny" rozwijanych z lubością w artykule okazuje się tylko wierzchołkiem góry lodowej, po analizie wszystkich wcześniejszych tekstów dotyczących historii Polski. Każdy kto choć odrobinę, racjonalnie i świadomie wgłębiał się w historię Polki i Polską historiografię poczuje po analizie tych tekstów ten sam zapach, zapach Gomółki (nie mylić z profesorem, ekonomistą). Każdy kto zna współczesny kontekst historiograficzny i oglądał galerię socrealistycznego malarstwa wczesnośredniowiecznej historii Polski eksponowaną w Muzeum Początków Państwa Polskiego w Gnieźnie, z miejsca dostrzeże ten sam rodzaj infantylnego pojmowania historii wywodzący się jeszcze z zaszczepionego w braci szlacheckiej I Rzeczypospolitej sarmatyzmu. Urodziłem się i wychowałem w Środzie Wielkopolskiej, z której później w celach edukacyjnych i zawodowych wyjechałem. Mieszkam i pracuję w Gdyni, którą poznałem, akceptuję i z która już dziś czuję się związany. Ale moją "małą ojczyzną" jest i pozostanie Środa Wielkopolska i okolice. Tutaj jest mój rodzinny dom, tutaj powracam, tutaj mam swe ulubione miejsca, tutaj mam swój zapach powietrza i kolor nieba. Wielokrotnie opisywałem to zjawisko na swojej stronie internetowej. Wiem, że trudno zaakceptować niektóre założenia teoria względności, ale może wystarczy przyjąć że ona jest i jest potwierdzana eksperymentalnie. Jeśli p. El Barin nie potrafi zrozumieć pojęcia "małej ojczyzny" to niech przynajmniej przyjmie że ono istnieje i nie ma nic wspólnego z oszczędnym gospodarowaniem myślą reprezentowaną w jego artykułach. Mam jednak pewne, może nieuzasadnione, podejrzenia, że przyjmowanie tego absurdalnego ciężaru na prawą burtę jest jednak elementem polityki pisma. To smutne. Ponieważ jednak nie jest mi obojętny los mojej "małej ojczyzny", będę przyglądał się pismu i weryfikował moje (może nieuzasadnione) podejrzenia. Tego samego dnia doczekałem się odpowiedzi w której zarzucono mi posługiwanie się groźbą i naciski na wolność prasy (!). Niezgodzono się z moją argumentacją, a zacięcie p. El Barina opisano jego polonofilstwem (!). Co ciekawe dano mi również do zrozumienia, że ocenianie prasy (tzw. "etykietowanie") jest niedopuszczalne (!). Zarzuty brzmiały kuriozalnie, więc odpisałem: List do redakcji z 5 października 2010r: Szanowny panie redaktorze Proszę nie przypisywać mi intencji, których nie mam. W żadnym miejscu mojego maila nie posunąłem się do gróźb, a jeśli tak Pan uważa proszę te groźbę zdefiniować. Nie bardzo mogę spbie wyobrazić czym mógłbym GPŚ "postraszyć", chyba tylko zapowiedzią nie czytania pisma. Zresztą, takie rozwiązanie, powołując się na "wolność czytania" mi Pan zasugerował. Dziękuję, nie skorzystam. Swoją drogą, może wystarczyło powołać się na elementarne poczucie wolności, bo o wolności słowa wiele słyszałem, ale o "wolności czytania" po raz pierwszy. Nikt też wcześniej nie mówił mi np. o wolności korzystania z tego czy innego przejścia dla pieszych. Myślę, że relacja tych zależności jest identyczna i nie wiele ma wspólnego z tak poważną sprawą jak wolnością słowa. Jeśli jakieś pismo notorycznie publikuje teksty w których segreguje się ludzi wg. określonych nacji, odmawiając praw jednym, a nadając je innym w imię jakiś mitycznych, głęboko zakorzenionych, mesjanistycznych poglądów siła rzeczy musi się liczyć z nadaniem mu "łatki" i "etykiety". Pismo podlega ocenom czytelników. Treści publikowane na jego łamach stanowią o wizerunku pisma. Co te oczywiste prawdy mają wspólnego z wolnością prasy? Pan, jako redaktor naczelny dba o ten wizerunek i musi być Pan przekonany o słuszności obranej drogi. Proszę jednak nie mówić, że kierunek tej drogi musi stanowić dla czytelnika zagadkę, nawet wtedy gdy ów czytelnik dostrzega ostry prawy zakręt. Ja również jestem polonofilem, kocham Polskę, służę jej, znam powinności wobec niej, interesuję się jej historią i geografią. Oddycham Polską. Ale nigdy nie przyszłoby mi do głowy przeświadczenie, że Polska to tylko mój dom, a obcym wara. Myślę, że polonifilizm, a ultra prawicowość to pojęcia które nawet nie brzmią tak samo, proszę więc nie wmawiać mi, że dostrzega Pan w tekstach p. Bartczaka tylko polonofilizm. Również z szacunkiem, Szanowny Panie redaktorze! Może Pan pomyśli, że zwyczajnie się uwziąłem i żywię jakąś ukrytą awersję do Pana El Barina vel Barczaka, ponieważ znowu piszę w jego sprawie. Rozwieję Pana wątpliwości. Nie uwziąłem się, nie pisze w jego sprawie, lecz w sprawie publikacji jego artykułów. I nie chodzi już tym razem o rzeczy, które zarzucałem im we wcześniejszej korespondencji. Cóż, prawdę mówiąc – konsultując to ze średzkim środowiskiem – stwierdziłem, że wypowiedzi społeczno – polityczne tego Pana – takie, a nie inne - siłą rzeczy muszą pozostać częścią wizerunku pisma. Ktoś za ten wizerunek odpowiada, ktoś go kreuje, ktoś wytyczył pismu drogę i ktoś korzysta – zakładając że robi to świadomie – z takich, a nie innych środków wyrazu. W kategorii poglądów społeczno – politycznych niech sobie ten Pan i pismo mają poglądy prawicowe, lewicowe, i rozmaite inne „ – owe”. Jak już powiedziałem to sprawa smaku, w którym - jak pisał klasyk – „są włókna duszy i chrząstki sumienia”. Jednak zaczynam teraz powątpiewać w rzeczywistą, świadomą publikację i zapytam wprost: czy ktoś, przed publikacją w ogóle czytał trzy ostanie teksty tego Pana? Ja rozumiem że można posiadać oryginalność poglądów i można przy odrobinie artyzmu i dobrej woli beneficjentów teorii teoretyzować, że jednak w centrum naszego wszechświata jest ziemia, a Kopernik zaliczył naukowy humbuk. Można starać się udowodnić, że Wielką Piramidę w Gizeh zbudowali jednak przedstawiciele innej cywilizacji. Sprawa ma się jednak iczaczej, jeśli założymy, że czytelnik jest dojrzały, z w miarę skrystalizowanym światopoglądem i przede wszystkim średnio (nie w znaczeniu instytucjonalnym) wykształcony, a piszący ma zacięcie edukacyjne. W tym układzie, raczeni śmiesznymi teoriami zaczynają się po prostu zastanawiać: o co chodzi autorom, o co chodzi pismu, które zalicza takie wpadki i kto z kogo, w tym układzie kpi? Bo przecież zakładamy, że pismo nie potyka się rozmyślnie, świadomie. Jeśli więć ktoś przed publikacją ostatnich trzech artykułów tego Pana zadałby sobie trud ich przeczytania ze zrozumieniem, pojął by w lot, że przeziera z nich skrajna ignorancja, negacja obowiązujących teorii bez jakiegokolwiek naukowego kontekstu i bezgraniczne uwielbienie swej nieomylności? Chyba, że ktoś jednak nie pojął… a szkoda, bo przecież El Barin pisze swoje eseje z wyraźnym zacięciem edukacyjnym, a to jest już szkodliwe. Czytając tekst El Barina o etymologi słowa Polska i będąc świadomym zawartej w nim materii należy zapytać: 1. Na jakiej podstawie uważa tzw. Autochtoniczną teorię etnogenezy Słowian za jedyną słuszną i „udowodnioną”? Czy nie pisząc o znacznie częściej dziś potwierdzanej naukowo teorii allochtonicznej, wie że sprzeniewierza się elementarnemu poczuciu naukowej / pedagogicznej uczciwości? 2. W jaki sposób, gdzie i kiedy „tradycja, legendy ustne i pisemne […] odkrycia archeologiczne dowodzą, że Polskę dał Polakom Bóg”? I nie jest to wcale pytanie o religię. 3. Kto i kiedy „udowodnił”, że „Polacy do Polski nie przybyli nie wiadomo skąd.” Kim są owi „niektórzy”, wmawiający rzekomo „nam” że nie jesteśmy autochtonami nad Wisłą? 4. Dlaczego pisze „Polska i Polacy” istnieli wiele wieków przedtem zanim powstało państwo Mieszka, skoro w ogóle jak widać nie ma pojęcia o czym pisze. Rozumiem, że wg. jego wywodów najpierw byli „Polacy i Polska”, później państwo Mieszka, a później nastali znowu „Polacy i Polska”. Kompletne pomylenie pojęć, elementarne na poziomie historii pierszej klasy gimnazjum. 5. „Za moją przyczyną […] upada dawna teoria dotycząca etymologi słowa „Polska”, którą karmiono nas poprzez wieki”. W rzeczywistości etymologia sensu stricte słowa „Polska” pozostaje identyczna i niezmienna zarówno w obowiązującym stanie wiedzy, jak i w „odkrywczych” teoriach El Barina. Może to problem ze zdefiniowaniem słowa „etymologia”? A może to właśnie (o czym zapomniał napisać El Barin) teorią autochtoniczną „karmiono nas poprzez wieki”? 6. Nie ma żadnych sporów dotyczących istnienia tworów państwowotwórczych w górnym biegu Wisły, przed państwowotwórczą erupcją Piastowskich Polan. 7. Skąd Gall Anonim czerpał wiedzę o Słowianach w IV, V wieku i ich miejscu na kontynencie? Starożytni kronikarze pisali o ludzie Wenedów / Wenetów, którego związki ze Słowianami są dziś raczej nie możliwe do udowodnienia. Tacyt, na przykład mówi o związku Lugijskim identyfikowanym dziś powszechnie także z Wandalami, którzy stali się synonimem dewastacyjnego marszu na cesarstwo i dalej oraz o Wenetach. Byli to przedstawiciele definiowanej przez archeologię kultury przeworskiej, a tej żaden poważny naukowiec nie wiąże dziś ze Słowianami, podobnie jak dziś nikt nie wiąże ze Słowianami kultury łużyckiej, twórców Biskupina. Średniowieczny (VI w) Jordanes (za Kasjodorem, obydwoje byli Gotami) definiuje lud „Sclaveni” (już poddane łacinizacji) identyfikowany ze Słowianami i twierdzi, że to dawni Wenedowie. Ale pod ta nazwą w historii wystepowali także celtyccy Wenetowie w Bretanii i Iliryjscy nad Adriatykiem. Czy to także Słowianie? Nie ma żadnych dowodów na poparcie tezy, że Tacyt i Jordanes pisali o tych samych Wenetach. 8. Sformułowania typu „w polszcze ziemi”, „polski ziemi” są niczym innym jak stosowaną w staropolszczyźnie rzeczownikową odmianą przymiotników. Do dziś przetrwała tylko deklinacja zaimkowa, ta rzeczownikowa zanikła, choć pozostały pewne relikty np. bądź zdrów zamiast bądź zdrowy. Tłumaczenie tego sformułowania jako „w Polszcze czyli w ziemi” świadczy tyleż o megalomanii autora co po prostu o jego niewiedzy. 9. Goci i Wandale to ludy germańskie (!!!) i twierdzenie, że byli Słowianami (w ogóle zapominając, że byli praktycznie ciągle w ruchu i przemierzyli w swej wedrówce cały kontynent) to już herezja. 10. Itd., itd. Wpadka, za wpadką, głupota za głupotą. Dlaczego pismo popularyzuje wiedzę na takim, żenującym poziomie? To pytanie chyba retoryczne. Ponieważ w trzecie części swych wywodów pan El Barin nawiązał (jak sadzę po zapoznaniu się z moim listami do redakcji) do „oszczerców” kierując do nich Hymn do miłości ojczyzny” zakończę tekstem który zamieściłem na swojej stronie. „Czy jesteśmy godnymi potomkami powstańców styczniowych, listopadowych, wielkopolskich, śląskich i innych?”[El Barin] Otóż niektórzy są godnymi, inni nie. Nie są godnymi Ci, którzy potrafią o tych wielkich rzeczach tylko bezgranicznie, bałwochwalczo, i megalomańsko kłapać. Nie są godni Ci, którzy strzelają słowami pieśni wielkich, pieśni naszych serc niczym biczem, kompletnie ich nie rozumiejąc."Święta miłości Kochanej Ojczyzny / Czują Cię tylko umysły poczciwe”. Biskup Krasicki pisząc tę rycerską pieśń znał wagę słowa „poczciwe”, które znaczyło wtedy i dziś także „uczciwe”. Głosząc naukowe teorie z wyraźnym podtekstem oświatowym trzeba mieć w sobie tę odrobinę uczciwości, by dochować nauce wierności. Kochajmy Polskę, Kochajmy Polaków, wszystkich mieszkańców tego domu pomiędzy Bałtykiem, a Tatrami i bądźmy świadomi całej jego trudnej historii, całej naszej polskiej tożsamości. Nie oszukujmy samych siebie, mrużąc oczy na historię! Bo to po prostu nie licuje z patosem i tożsamościowym ciężarem słów hymnicznych, którymi tak ochoczo szafujemy. A jeśli już chcemy nauczać najpierw skorzystajmy z elementarnej edukacji sami: to także kwestia pokory wobec czytelników.
Treść
mojego maila pozostała bez odpowiedzi, czemu zresztą w kontekście całej
historii się nie dziwię. 23 listopada ukazała się ostatnia, czwarta
część domysłów p. El Barina nt. pochodzenia słowa Polska i
związanych z tym słowem konotacji. Wbrew zaleceniom
niektórych
średzian, by w niego po prostu nie brnąć (dla zdrowotności...) polecam
serdecznie ten tekst wszystkim posługującym się zdrowym rozsądkiem w
celach terapeutycznych. Ostrzegam: objawy uczucia wstydu jednak nie
ustają...
Zabawne jest zakończenie artykułu. "Sformułowane w tekście moje wnioski, chronione są prawami autorskimi” (El Barin). Otóż jestem tutaj trochę w kłopocie, bo chyba nie tym samym językiem się posługujemy. Panu El Barinowi nie chodzi przecież o znaczenie słowa „wniosek” w rozumieniu „pisemnego podania” („Słownik Języka Polskiego” PWN, 2003) Nie może to być również drugie znaczenie czyli „wynik rozumowania” ani trzecie czyli „twierdzenie logiczne wyprowadzone z innych zdań, uznanych za prawdziwe” bo ani z logiką ani z racjonalnością teksty p. El Barina nie wiele mają wspólnego. Więc pozostaje ostatnia interpretacja: wniosek w sensie „propozycji”. W jednym ze swoich artykułów p. El Barin pisze: „’Polska’ nie jest więc krajem Żydów, Niemców, Rosjan oraz innych narodów.” Nieco dalej stwierdza: „’Oni’ to wiedzą (że mają gdzie indziej swoje ojczyzny – przyp. M.B.), dlatego goście nasi w Polsce (obce narody) wymyślili sobie bzdurne pojęcie ‘małej ojczyzny’, które stało się aktualnie bardzo modne. Stwierdzić należy jednak z całą stanowczością, że coś takiego nie istnieje, albowiem Matkę/Ojca/Ojczyznę/Macierz ma się tylko jednych. Nie można mieć dwóch Ojczyzn [...] jednocześnie, małych i dużych." Mam pytania, bo chyba niezbyt dobrze uważałem w szkole... Kiedy Polska była krajem jednego narodu? To pytanie oczywiście retoryczne, bo mówimy oczywiście o nauce, której na imię historia. Pan El Barin coś tam niby słyszał, w jakiej rzeczywistości przyszło mu funkcjonować, coś tam niby obiło mu się o uszy z zagadnień socjologicznych, nieco z nauk politycznych, nieco z psychologii społecznej, jeszcze mniej z historii, ale trudno przyjąć mu do wiadomości, że ojczyzna jakakolwiek by ona nie była: mała czy duża, to stan serc i umysłów, a nie jednostka prawna czy organizacyjna, jak tego chciałyby niektóre grupy. O ile rzeczywiście mówi się o istnieniu pojęcia „małej ojczyzny” – zjawiska, które istnieje i ma się dobrze – o tyle mam kolejne retoryczne pytanie do El Barina (mam ich zresztą tysiące, ale przez litość zadam tylko te) czym dla niego jest ta „duża ojczyzna” i dlaczego przejawia takie ciśnienie by mówić o niej „duża”? Zgadzam się z p. El Barinem: moją Ojczyzną jest Polska; żadną małą, żadną dużą, po prostu: Ojczyną. To stan serca i umysłu. Nie uznaję, że to tylko moja ojczyzna, bo nigdy w istocie rzeczy w jej historii tak nie było. Nie uznaję, że to tylko moja ojczyzna, bo nie miałem i nie będę miał prawa to innych serc i sumień. Funkcjonuje w mojej świadomości także inne zjawisko: „mała ojczyzna” i choć mają te dwie miłości wiele wspólnych mianowników to nie wykluczają się wzajemnie, nie wchodzą sobie w drogę, nie znoszą się wzajemnie! I może p. El Barin tego nie wie i ktoś musi mu to uświadomić, że także funkcjonuje w swojej „małej ojczyźnie”; pisze do lokalnej gazety, pisze o tematach dotykających spraw wielkich i sprawach lokalnych, na co dzień nie przemieszcza się dalej niż 30-40 km, nie spotyka innych ludzi niż zwykle i nie zaskakuje jego oczu krajobraz inny niż ten, do którego jego oczy się przyzwyczaiły i traktują jako swojski. Czytając całość rewelacji p. El Barina można dojść do wniosku (tym razem już jako efekt racjonalny) że w wielu sprawach, a zwłaszcza tych tyczących się historii jest jak ów Pan Jourdain z komedii Moliera „Mieszczanin szlachcicem”: całe swoje życie nie wie, że mówi prozą. * * * Wizytówka miasta„Oto najlepszy jest relaks: Niedziela na Głównym, na Głównym niedziela” - śpiewał swego czasu niezrównany obserwator naszej rzeczywistości Wojciech Młynarski. Oczywiście, tu małe zastrzeżenie: było to jeszcze w czasach, gdy na różnych „głównych” można było spędzić nieco czasu, będąc pozbawionym obaw, że napadną nas widoki obskurne i kloaczne zapachy, których znosić długo dla zdrowia wszelakiego niepodobna. Byłem ostatnio na Naszym ”głównym”, albo raczej „jedynym” w celach bynajmniej rekreacyjnych, lecz z potrzeby tej samej, która kieruje tutaj setki i tysiące pasażerów: zakupu biletu. Nigdzie tego dnia się nie udawałem, znikąd nie przyjeżdżałem, zjawiam się tutaj nawet sporadycznie. Niestety, zastany przeze mnie obraz rzeczywistości wywołał potok myśli raczej podszytych wstydem niż próbami zrozumienia. Bo przecież, mamy takie, można by rzec „narodowe” powiedzenie: „był czas przywyknąć”. Dlaczego więc, ciągle nie potrafię? Może dlatego, że po raz kolejny czytam w lokalnej prasie, że być może coś się zmieni, bo władze Środy dogadują się z PKP, że być może niedługo będzie inaczej i wszystkie te nadzieje, ciągłe nadzieje zawsze upstrzone są magicznym słowem „szansa”. Ileż to już takich „szans” średzianie przeżywali, w ciągu minionych 20 lat? Zadziwiające, w tych ciągłych nadziejach na normalność jest zawsze uzależnienie jej od konieczności przebudowy, burzenia, dobudowywania… Czy naprawdę musimy uwierzyć w to, że jedynym sposobem na zaprowadzanie porządku na średzkim dworcu jest jego gruntowna przebudowa? Swego czasu, w nadziei na „estetyzację” – jak to się teraz przyjęło mówić na PKP - powzięto decyzję o zamknięciu części obiektu na noc żelazną kratą. Otwarty pozostał tylko dostęp do kas i niewielkiej przestrzeni z ławkami. Czy to coś zmieniło? By odpowiedzieć sobie na to pytanie, proponuję wizytę na dworcu około dwudziestej… Tak, Środa to nie Poznań i na stadionie 700-lecia żaden mecz w ramach Euro 2012 rozegrany nie będzie. Nie będziemy musieli się wstydzić, że w drodze na średzki stadion goście zanurzą się w brudzie i miazmatycznych wyziewach średzkiego dworca. Żadne to pocieszenie dla rozsądnie myślących obywateli miasta, którzy mają tą świadomość, że do Środy jednak koleją przyjeżdżają goście, że wyjeżdżają z niej i że ruch ten nie ma i nie musi przecież mieć nic wspólnego z Euro 2012. Na marginesie, odpowiedź na pytanie, dlaczego tegoroczny turniej o takiej randze stał się jedyną siłą napędową prowadzonej akcji upiększania dworców, musi wywoływać kolejne przemyślenia o naszych złych narodowych cechach. Jest więc dworzec kolejowy wizytówką miasta, pierwszym (lub ostatnim) budynkiem użyteczności publicznej, do którego kierują swe kroki podróżni. Jak im się kojarzy Środa? I cóż to za pocieszenie, że wiele miast i miasteczek w Polsce kojarzy się tak samo? Władze miasta potrafiły dostrzec, że dotychczasowa formuła tzw. witaczy, przydrożnych symboli Środy wyczerpała się i potrzebne są nowe. Możemy, więc zakładać, że władze rozumieją, co jest wizytówką miasta i że nie jest to tylko sam rynek. Ale czy pamiętają jeszcze, że koleją można przyjechać do Środy? Nie dajmy sobie wmówić, że kluczem do sukcesu, zawsze odległego, a w praktyce pozostającego mżonką jest przebudowa, rozbudowa i zabudowa. Może wystarczy dobrze przemyślana koncepcja przywrócenia dworcu swej roli i konsekwencja w jej urzeczywistnianiu. A może klucz do sukcesu, leży jednak w elementarnym poczuciu wstydu? Czy władze miasta, mając dwudziestoletnie poczucie wstydu za taką, a nie inną wizytówkę mają jeszcze świadomość tego uczucia? Bo jeśli nie, to nie oszukujmy się, że znowu mamy „szansę” na zmiany na średzkim dworcu. 14.02.2012 |
![]() |
![]() |
©MB
12.2011 ost. zm. 02.2012 |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |